Avatar
K.

Mam na imię Karolina i jestem z XX wieku. Serio. Mam to nawet zapisane... na koszulce. Jestem specjalistą w dziedzinie autosabotażu i samozwańczą mistrzynią kuchni. Najbardziej lubię patrzeć na świat z poczuciem humoru, co nie znaczy, że zawsze mi się to udaje. Kiedy upadam, to najpierw się czołgam, a dopiero potem wstaje i poprawiam koronę. Lubię doświadczać i dzielić się doświadczaniem (niekoniecznie doświadczeniem): słowem, dźwiękiem i obrazem. Gdybym była znakiem interpunkcyjnym lub symbolem, najpewniej zostałabym tyldą. A ty?

#21 Esencja kobiecości

Czym jest prawdziwa kobiecość? Czy istnieje model, w który musimy się wpisać, bo inaczej przegrywamy życie? Czy kobiety potrafią się wspierać? W tym odcinku kontrowersyjnie o kobiecości i siostrzeństwie, stereotypach, celebrytach i telewizji.

Mam to!

Pamiętam, byłam wtedy jeszcze w podstawówce. Do mojej mamy podeszła jedna z nauczycielek i powiedziała: 

– Ma pani taką zdolną córkę, musi być pani bardzo dumna.

Moja mama się oburzyła i odrzekła:

– Wszystkie moje dzieci (jest nas pięcioro) są zdolne. Nie widzę w tym powodu do dumy. 

Z perspektywy czasu widzę, że moja mama dumę rozumiała jak „zadzieranie nosa” i dlatego tak zareagowała. Rozumiem to jednak dopiero teraz. A jak mi to wtedy musiało podciąć skrzydła! Sama przez większość swojego dorosłego życia mówiłam: 

„Tak wyszło”, „No udało mi się”, „Eee, wcale nie aż tak super”, „I co z tego?”.  No właśnie, nauczyłam się, że to, że coś mi wychodzi nie ma absolutnie żadnego znaczenia. To trochę smutne, prawda?  Z trudem przychodzi mi chwalenie, albo przynajmniej nie umniejszanie swoich dokonań.

I dziś, na przekór sobie publikuję listę spraw, osiągnięć, decyzji, z których jestem dumna. Nie, nie udało się. To ja to zrobiłam! 

1. Moje mieszkanie: praktycznie wszystko wymyśliłam i urządziłam w nim sama. Z pewnością nie jest idealne, ale ładne, przytulne, komfortowe i jest dla mnie prawdziwym domem.

2. Moja twórczość: no cóż, nie mam i nie będę mieć 10k followersów i nie będę występować na ściankach z celebrytami, ale nie o to tu chodzi. Jestem dumna z tego co robię, bo sprawia mi to przyjemność. W podkaście i tekstach mam odwagę mówić zupełnie szczerze (i publicznie) o sprawach trudnych. Wiem, że dzięki temu co robię mogę zmienić czyjś świat: pomóc, rozbawić, poprawić samopoczucie.

3. Moje ciało: moje ciało wyhodowało w sobie małego człowieka, urodziło go, a teraz żywi, tuli i dba o rozwój. Czy to nie jedno z największych dokonań na jakie ciało stać?

4. Moje cechy: jestem dumna z niektórych swoich cech charakteru. Odpowiedzialność, doprowadzanie spraw do końca, racjonalizm, analityczność, umiejętność ogarniania, umiejętność działania zadaniowo, dobra organizacja czasu… kurde, sporo mam tych zalet 😉

5. Moje decyzje: chyba moją pierwszą świadomą decyzją był wybór szkoły średniej. Nie uległam presji otoczenia i nie poszłam do pobliskiego liceum, ale wybrałam inne miasto i zamieszkałam w internacie. To było trudne doświadczenie, z perspektywy widzę jednak jak ten wybór wpłynął na to kim dzisiaj jestem. Spora część moich decyzji budziła kontrowersje: drugi kierunek studiów, ślub za granicą, rzucenie pracy u Grzegorza (po 2 miesiącach, bez zaplecza), in vitro… Wszystkie one zaprowadziły mnie miejsca, w którym dzisiaj jestem.

Jestem wysoko wrażliwą osobą. Taką do potęgi. I kiedy to odkryłam powiedziałam sobie: hej, teraz to ja rozumiem co przez całe moje życie było nie tak… To jest trudne, szczególnie dla dziecka którego wrażliwości nikt nie ogarnia. Pamiętam zanadto dobrze te wszystkie krzywe spojrzenia od których od razu chciało mi się płakać, desperacką potrzebę bycia zauważoną i akceptowaną, drążące kolana przed wejściem ma scenę, kamień w gardle przed zabraniem głosu. A potem kiedy dorosłam i nauczyłam się sobie ze swoją wrażliwością trochę radzić, stanęły przede mną dorosłe problemy, które powaliłyby niejednego. Zabierano mi bliskich, zostawiano dziury i niemożliwe do spełnienia marzenia. I wiecie co? Przeżyłam! Nie zwariowałam (choć parę razy byłam bliska), nie skrzywdziłam dogłębnie nikogo (a siebie tylko trochę).

I teraz widzę oceniająca minę osoby, w którą zwykle ubiera się mój wewnętrzny krytyk. Mówi: I co? Serio? To są te „osiągnięcia”, te wielkie powody do dumy? Phi. Takie to każdy ma.

Nie, nie każdy.

Wstajesz codziennie mimo bólu fizycznego lub psychicznego? Założyłaś rodzinę, budujesz długoterminowe przyjaźnie, adoptowałaś psa? Sama się utrzymujesz i masz dach nad głową? Zdobywasz nowe umiejętności i rozwijasz pasje? Bywasz szczęśliwa i zadowolona z życia? Wręcz sobie dziś medal. You got it girl!

Jakie są Twoje powody do dumy?

# 20 Książki, które wpłynęły na moje życie

Nawet jeśli nie jesteście typowymi molami książkowymi, to z pewnością istnieją pozycje, które pamiętacie do dziś. Może gdzieś w Waszych wspomnieniach chowa się pingwin z waszej ulubionej książki z dzieciństwa, albo słowa lektury, która na długo nie pozwoliła wam zmrużyć oka? Może macie kolekcję autografów autora, lub też podarowana przez kogoś książka została waszym skarbem?

W dzisiejszym odcinku moja gorąca dziesiątka, która z pewnością niejednym Was zdziwi, może zaintryguje, może rozczaruje, a mam nadzieję – momentami rozbawi. Zapraszam!

Karuzela gra!

Halo, siemeczka, elo, to ja, nadaję tutaj na żywo, prosto z macierzyńskiego frontu. 

Jako że mój wymarzony potomek skończył niedawno dwa miesiące, to sytuacja jest zmienna. Raz wygląda na opanowaną, a innym razem…innym razem po prostu w ogóle nie wygląda.

Moje dziecko bywa nieodkładalne, jest w stanie nie spać przez większość dnia i uciąć sobie zaledwie 3-4 dwudziestominutówki. Bywa też płaczące na rękach, bo akurat chciałoby podziwiać świat, a nie gapić się w ciągle tę samą matczyną gębę, która, nie czarujmy się, rzadko wygląda jak z żurnala. Najlepszą inwestycją w życiu okazało się nie mieszkanie, nie auto, nawet nie kupione po taniości dolary, lecz karuzelka. Karuzelka sprawdza się w najbardziej kryzysowych momentach, byleby tylko pokazywał się lisek i nie pokazywał się jeżyk. Zazwyczaj udaje mi się odgrzać obiad i nastawić pranie, czasem udaje mi się także obiad zjeść, a praniu nie pozwolić skisnąć w pralce. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie kolejny dzień.

A przynosi często nowe wspaniałe umiejętności, jakimi są na przykład: puszczanie baniek ze śliny, wodzenie wzrokiem za zabawkami, przesypianie w nocy 3 godzin bez jedzenia, próby chwytania za wszystko, co znajdzie się w zasięgu małej rączki i cała gama dźwięków komunikujących różne potrzeby: oooo, oooyyy, auuu, euu, agu, ggh, ym, ege, ełe…

Niestety, ani znajomość 3-4 języków obcych, ani nawet (w przypadku ojca) języków programowania, nie przybliżyła nas do rozumienia dzieciowego, co z kolei rodzi ogromną frustrację po obu stronach. Dziecko po kilkukrotnym zakomunikowaniu, że „auuu”, zaczyna powtarzać „auuu” z większą zawziętością – nadzieja na bycie zrozumianym niknie z oczu, pojawia się za to wydęta dolna warga. Aż w końcu bardziej żałośnie brzmiące „auuu”, zamienia się w płacz, krzyk i lament. Rodzic, na początku w popłochu, obecnie z nieco większym spokojem, rozumie, że dziecko coś mówi i czegoś konkretnego się domaga, lecz próbując odgadnąć, co akurat „auuu” znaczy, wybiera z repertuaru potrzeb, których nie jest aż tak dużo (jedzenie, spanie, kupa, siku/pełen pampers, bolący brzuszek, nuda, potrzeba bliskości i uwagi), akurat nie te, co trzeba. 

I życzę sobie medal za zasługi, krzyż walecznych normalnie, za każde „auuu” odgadnięte zanim zamieniło się w płacz, za każdy obcięty miniaturowy paznokieć, wymianę pampersa oraz odłożenie z rąk do kołyski bez obudzenia dziecka, za każde nieobsikanie twarzy (w przypadku małych chłopców) w czasie przewijania, za każdą stópkę nie wsadzoną w kupę (również w czasie przewijania). 

Koło 5 rano dziecko, w przeciwieństwie do rodzica, gotowe jest do zabawy. Podnoszę głowę i mówię błagalnym tonem: proszę, śpij jeszcze…Odpowiada mi najradośniejszy na świecie bezzębny uśmiech, taki pełną gębą i od ucha do ucha, specjalnie dla mnie i na mój widok. I zaczynam wtedy rozumieć dwie rzeczy.

Po pierwsze, spania już nie będzie.

Po drugie, za ten uśmiech, prawdopodobnie już do końca moich dni, dam się choćby pokroić.

W głowie gra mi „Obracam w palcach złoty pieniądz” w wykonaniu Krzysztofa Zalewskiego, który ostatnio zasłynął swoim autorskim wierszem o gwiazdkach. I mimo iż ze zmęczenia i niemocy ciekną mi łzy, czuje, że wygrałam w życie. 

A każdy instagramowy mem od whose_your_daddy uświadamia mi, że dopiero stoję w bramie tego całego wesołego miasteczka atrakcji, zwanego rodzicielstwem.

CDN

Doktorat z niewiedzy, czyli czego nauczyły mnie pierwsze tygodnie macierzyństwa

Uprzejmie donoszę, że będąc młodą matką, póki co, nie zrozumiałam, nie przekonałam się, nie przewartościowałam całego swojego życia i nie przewróciło się ono do góry nogami, jak tłumaczyli, wieszczyli, a czasem nawet grozili inni. Może jeszcze się to wszystko stanie. Czekam. I’m still standing, jak śpiewa Elton John. 

I nie śpię, bo trzymam dziecko (uf, wreszcie wystarczająco dobry powód by nie spać), oraz pełnię funkcję baru mlecznego otwartego 24h na dobę. Przeżyłam już kilka ataków mini paniki z kategorii: czy moje dziecko nie jest chore i czy oddycha, oraz zaliczyliśmy już wizytę nocną u lekarza (wszystko okazało się być „w porządku”, czymkolwiek byłby ten porządek). Mój syn jest bez wątpienia najpiękniejszym małym człowiekiem na świecie, co nie zmienia faktu, że czasem wygląda jak Ryszard Kalisz, a czasem jak Eminem (tak, robię memy ze swoim dzieckiem, nie, nie upublicznię tych memów).

Póki co, jedno mogę powiedzieć z całą pewnością: mnie, oraz pewnie większości matek po raz pierwszy oraz części matek po raz drugi i enty, należy się doktorat honorowy z niewiedzy. Albo chociaż jakiś tytuł mistrzowski… puchar… No, dyplom przynajmniej. 

Jako że ciąża trwa 9 miesięcy, a ja większość z tego okresu spędziłam na zwolnieniu to tak naprawdę miałam sporo czasu, żeby się do tych początków życia we troje przygotować. Chodziłam do szkół, na kursy i czytałam książki. Przy zderzeniu teoria vs rzeczywistość, teoria zasłużyła co najwyżej na mocne 2/10. Może i opieka nad noworodkiem nie jest to fizyka kwantowa ani wyższa matematyka, może, ale np mój mąż szybciej wylicza trajektorię lotu na Marsa niż stwierdza, czego akurat dziecko potrzebuje, ja zaś co najmniej kilka razy dziennie zastanawiam się: czy TO jest ok? 

Kilkunastodniowy młody człowiek budzi się nagle z przeraźliwym krzykiem. Zły sen (czy noworodki mają sny?), nagły ból (czego?), strach (przed czym?)? Młody człowiek chce jeść co godzinę, młody człowiek nie chce jeść, choć minęły już prawie cztery. Śpi niemal cały dzień. Niemal cały dzień nie śpi… Skąd wiadomo czy z tą kruchą, maleńką, najdroższą istotą na świecie, z tą której gotowi jesteśmy przychylić nieba, wszystko jest ok? NIEWIADOMO. Dopóki samo nie powie, to nigdy nie wiadomo. Gdzie jest granica pomiędzy czujnością i wyłapaniem pierwszych oznak dyskomfortu albo choroby, a paranoją i dzwonieniem po lekarzach 3 razy w tygodniu? Tego też nie wiem. Z pewnością jest ona cienka. I bardzo, bardzo śliska. 

Życia nie ułatwiają setki sprzecznych komunikatów docierających zewsząd każdego dnia: karm tylko piersią na żądanie, karm 8-12 razy na dobę, karm nie częściej niż co 2,5-3 godziny, może masz za mało pokarmu, może za tłusty/za chudy (moja ulubiona brednia!) dokarmiaj mieszanką, nie dokarmiaj, dopajaj w upał, nie dopajaj, kładź tylko na pleckach, kładź tylko na boczku, może się nie najada, może się przejada, nie noś, bo się przyzwyczai, noś ile tylko chce, bo potrzebuje bliskości, zakładaj czapkę, nie zakładaj czapki, pozwól dziecku spać z wami w łóżku, tylko niech nie śpi z wami w łóżku, daj mu smoczek, tylko nie podawaj smoczka… serio, można od tego zwariować, wiem, bo zdążyłam być temu bliska.

Wiadomo, że chcę dla mojego dziecka jak najlepiej, ale nie sposób się odnaleźć w często niezrozumiałych komunikatach kilkutygodniowego malucha (machanie nóżkami, płacz, kwilenie) oraz morzu zwykle nieproszonych rad, opinii oraz wyczytanych w książkach i internatach informacji.

Trzeba koniecznie powatarzać mi milion razy dziennie, że nie jestem złą matką, bo po 3 godzinach snu na dobę* w trybie: godzina, godzina, 3 razy po 20 minut, nie mam siły nosić na rękach mojego dziecka, bo nie pozwalam mu spać przy piersi cały czas (muszę też jeść, spać i chodzić do toalety), bo nie umiem go uspokić na rękach (bo przy mnie cąly czas szuka piersi, choć wcale nie jest głodny). Przy mniej niż milionie powtórzeń zaczynam mieć poważne wątpliwości. A informacja że „moje dziecko/dzieci tak nie miały” budzi lawinę myśli z kategorii: to co jest ze mną nie tak? Dlaczego? NIE WIEM!

I tak, od kilka tygodni wykonuje codzienny trening niewiedzenia. Nie jest to łatwe. Powtarzam zatem niczym He-Man: Na potęgę posępnego czerepu – mocy przybywaj! 

*Deprywacja snu – czyli jego niedobór którego konsekwencjami są zaburzenia funkcji poznawczych, rozdrażnienie i ogólny spadek sił witalnych. Zbyt mała ilość snu może być także przyczyną nadwagi, nadmiernego pobudzenia lub cukrzycy, a nawet prowadzić do śmierci w ekstremalnych przypadkach. Do innych potencjalnych skutków należy zaliczyć depresję, niską samoocenę społeczną oraz choroby nowotworowe. [Źródło: Wikipedia, https://pl.wikipedia.org/wiki/Deprywacja_snu]

# 19 Luki w edukacji, albo program nauczania NIEDOPOMYŚLENIA

Czy zastanawialiście się kiedyś czemu pewien rodzaj wiedzy lub dana informacja nigdy wcześniej do was nie trafiła? Czy macie wrażenie, że wasze życie mogłoby potoczyć się nieco inaczej, gdyby ktoś nauczył was na przykład troski o własne potrzeby? W tym odcinku alternatywny program nauczania w szkołach (i kursach dla dorosłych) i przedmioty, które niewątpliwie przydałyby się w życiu bardziej nie mniej niż wiedza o rozmnażaniu paproci lub tajemniczym życiu pantofelka.

Moja historia

Mój syn przyszedł na świat 28 maja o 12:00 i już wiem jaki majowy moment chce zatrzymać na zawsze: jego pierwszy krzyk i tę chwilę kiedy położono go na mojej piersi i brzuchu. 

Nasze ciała były zmasakrowane po ogromnie trudnym porodzie, ale oboje przez tę chwilę poczuliśmy spokój. W sali nastała cisza. A mnie i mojemu mężowi napłynęły do oczu gorące łzy.

Poród, licząc od regularnych skurczy co 5 minut i trafienia na trakt porodowy trwał 8 godzin. Miałam za mało płytek, by dostać znieczulenie. Było  trudno, trudniej niż to sobie wyobrażałam, bo prawie 3,6 kilowy chłopiec to jednak dużo jak na moją miednicę. Gdyby nie cudowna położna, która wyginała mną na prawo i lewo, otwierając mi kości krzyżowe i ogonową, gdyby nie wsparcie i pomoc mojego męża to skończyłoby się cc. Już pod koniec  chyba tylko ta położna wierzyła, że się uda, a lekarz szykował narzędzia. Ktg wykonywane chyba co 2 minuty (takie mam wrażenie), cały czas pokazywało prawidłowe tętno maluszka, dawano mi zatem kolejną szansę, lub przedłużano, ciągle tę samą, o dwie minuty.

Dwa momenty były dla mnie straszne. Pierwszy, kiedy rozwarcie było już maksymalne, ale maluch ciągle nie mógł wejść w miednicę: płakałam i mówiłam, że nie dam rady, że boje się, że nie wytrzymam i zaraz umrę. Przy skurczach opadałam w tył i w dół, podtrzymywały mnie tylko silne ręce i ramiona mojego męża. Zdjęłam z siebie koszulę i zostałam zupełnie naga. Kręcący się personel nie miał dla mnie znaczenia. Byłam ja, mój mąż i wspierająca nas położna. I moje rodzące się dziecko.

Drugi, gdy musiałam przeć: klęczałam na łóżku, głowę opierając to o piłkę, to znowu o te silne ręce i potem leżąc na prawym boku, z lewą nogą w górze, trzymaną przez męża. Nikt nie musiał mówić, że widać główkę, że jasne włoski. Czułam to i parłam z całej siły wrzeszcząc, jak sądzę, najgłośniej w historii tego szpitala, i…nie udawało się. Skurcz się kończył, brakowało mi siły, a dziecko ciągle nie było „na zewnątrz”. A potem przychodził kolejny skurcz i znowu to samo… czułam, czułam, że to nie działa, a ja staram się już najmocniej jak umiem… I że już nie umiem bardziej.

Nie wiem czy to nacięcie, które poczułam, czy kilka kropli oksytocyny, które zdążyły napłynąć w ostatniej chwili, zanim zupełnie opadnę z sił, ale udało się. I mój mały wojownik, mój mały dzielny smok jest z nami. 

A potem ten spokój, nieziemski, magiczny, kiedy ciało moje i mojego dziecka spotkały się po raz pierwszy po drugiej stronie. Jakby tego wszystkiego, bólu i 8 godzin wcale przed chwilą nie było. I oczy mojego męża pełne łez. Miłość. Wdzięczność. Ciepło. Maluszek szukający piersi i pierwsze karmienie. My troje. Dotyk i czułość. 

Po 4 dniach miałam zjazd, ewidentny spadek po oksytocynowym haju, na dodatek zabrakło mi mleka, a maluszek był głodny i płakał. I ja płakałam, czułam się bezsilna i zagubiona, a moje ciało wycieńczone i obolałe. Dzięki wsparciu męża i położnej kryzys został zażegnany w mig. Pierwszy i już wiem, że daleko nie ostatni. 

W tym samym czasie jednak nie mogę się przestać zachwycać tym. jakie mój synek ma piękne uszka… czy istnieje na świecie coś piękniejszego?  Mój syn, cały mój świat. Wyczekany, wystarany i wymarzony. Mój cud. Nasz.

W połogu skrajne emocje to norma. Tylko ja jeszcze nigdy do tej normy nie wchodziłam i ze zdziwieniem, a czasem niepokojem, przyglądam się temu co robię i czuje: duma i radość, słodkie fotki z pierwszego spaceru, duma, że ładnie rośnie, szczęście i miłość gdy patrzę na, to oczywiste, najpiękniejsze dziecko świata, spokój, gdy łapczywie ssie moją pierś, irytacja, gdy karmienie ciągnie się w nieskończoność, bezsilność i zmęczenie bo jest 5 rano a ja jeszcze nie spałam, stres, że nie zdążę zjeść zanim się obudzi, zniecierpliwienie płaczem w ramionach taty, bo MUSZĘ jeszcze zrobić siku…lęk czy wszystko jest dobrze – czy nie śpi za długo, albo za krótko, czy wystarczająco dużo je, czemu zwymiotował…a co to za krostka na twarzy… 

Zanim dziecko jest gotowe do narodzin najpierw przez 40 tygodni rośnie i rozwija się  w kobiecym ciele. Kolejne 40 dni w tym samym ciele rośnie i rozwija się matka. Pod warunkiem, że ma ku temu sprzyjające środowisko. Ja chyba mam. Muszę tylko nauczyć się jak z niego korzystać.  Z niecierpliwością wypatruje własnych narodzin w połogowym bólu i łzach.

pamiątka

Pępek. Nasza pamiątka po życiu płodowym.

Ślad niczym niezakłócalnej więzi. Pamiątka trangresji, wiecznie przypominająca, że zostaliśmy urodzeni.

A Tobie? Co zostało z pierwszych chwil na tym świecie?

ciało

Ciało nieposłuszne
pogardzane
zawodne
w najmniej oczekiwanym momencie
podstawi nogę nieogoloną
lub pachę
wieczenie niegotowe
do lata
niegotowe w ogóle
ciało do krępowania
rzeźbienia wypracowania
krzywe kanciaste okrągłe
niemiłe dla oka
w dotyku niemiłe sobie.

Ciało wspaniałe
jedyne
nie ma drugiego takiego
i nie będzie dane
skończone
w swoim zamyśle
ze wszystkimi częściami
z palcami i krawędziami
lub bez
krzywe kanciaste okrągłe
do dbania
do kochania
mądrzejsze niż
ja.

# 18 Pokłóć się na zdrowie!

Kłótnia: najgorsze co przytrafia się w relacji, czy coś co może być dla niej zbawienne? Kłótnie i sprzeczki bywają bardzo potrzebne w każdej relacji i mogą pomagać nam ją budować. Oczywiście, jeśli przestrzegamy kilku przydanych reguł. O wszystkim co może sprawić, by kłótnia wyszła nam na zdrowie. Słuchajcie i podawajcie dalej!