Miesiąc: Czerwiec 2021

# 19 Luki w edukacji, albo program nauczania NIEDOPOMYŚLENIA

Czy zastanawialiście się kiedyś czemu pewien rodzaj wiedzy lub dana informacja nigdy wcześniej do was nie trafiła? Czy macie wrażenie, że wasze życie mogłoby potoczyć się nieco inaczej, gdyby ktoś nauczył was na przykład troski o własne potrzeby? W tym odcinku alternatywny program nauczania w szkołach (i kursach dla dorosłych) i przedmioty, które niewątpliwie przydałyby się w życiu bardziej nie mniej niż wiedza o rozmnażaniu paproci lub tajemniczym życiu pantofelka.

Moja historia

Mój syn przyszedł na świat 28 maja o 12:00 i już wiem jaki majowy moment chce zatrzymać na zawsze: jego pierwszy krzyk i tę chwilę kiedy położono go na mojej piersi i brzuchu. 

Nasze ciała były zmasakrowane po ogromnie trudnym porodzie, ale oboje przez tę chwilę poczuliśmy spokój. W sali nastała cisza. A mnie i mojemu mężowi napłynęły do oczu gorące łzy.

Poród, licząc od regularnych skurczy co 5 minut i trafienia na trakt porodowy trwał 8 godzin. Miałam za mało płytek, by dostać znieczulenie. Było  trudno, trudniej niż to sobie wyobrażałam, bo prawie 3,6 kilowy chłopiec to jednak dużo jak na moją miednicę. Gdyby nie cudowna położna, która wyginała mną na prawo i lewo, otwierając mi kości krzyżowe i ogonową, gdyby nie wsparcie i pomoc mojego męża to skończyłoby się cc. Już pod koniec  chyba tylko ta położna wierzyła, że się uda, a lekarz szykował narzędzia. Ktg wykonywane chyba co 2 minuty (takie mam wrażenie), cały czas pokazywało prawidłowe tętno maluszka, dawano mi zatem kolejną szansę, lub przedłużano, ciągle tę samą, o dwie minuty.

Dwa momenty były dla mnie straszne. Pierwszy, kiedy rozwarcie było już maksymalne, ale maluch ciągle nie mógł wejść w miednicę: płakałam i mówiłam, że nie dam rady, że boje się, że nie wytrzymam i zaraz umrę. Przy skurczach opadałam w tył i w dół, podtrzymywały mnie tylko silne ręce i ramiona mojego męża. Zdjęłam z siebie koszulę i zostałam zupełnie naga. Kręcący się personel nie miał dla mnie znaczenia. Byłam ja, mój mąż i wspierająca nas położna. I moje rodzące się dziecko.

Drugi, gdy musiałam przeć: klęczałam na łóżku, głowę opierając to o piłkę, to znowu o te silne ręce i potem leżąc na prawym boku, z lewą nogą w górze, trzymaną przez męża. Nikt nie musiał mówić, że widać główkę, że jasne włoski. Czułam to i parłam z całej siły wrzeszcząc, jak sądzę, najgłośniej w historii tego szpitala, i…nie udawało się. Skurcz się kończył, brakowało mi siły, a dziecko ciągle nie było „na zewnątrz”. A potem przychodził kolejny skurcz i znowu to samo… czułam, czułam, że to nie działa, a ja staram się już najmocniej jak umiem… I że już nie umiem bardziej.

Nie wiem czy to nacięcie, które poczułam, czy kilka kropli oksytocyny, które zdążyły napłynąć w ostatniej chwili, zanim zupełnie opadnę z sił, ale udało się. I mój mały wojownik, mój mały dzielny smok jest z nami. 

A potem ten spokój, nieziemski, magiczny, kiedy ciało moje i mojego dziecka spotkały się po raz pierwszy po drugiej stronie. Jakby tego wszystkiego, bólu i 8 godzin wcale przed chwilą nie było. I oczy mojego męża pełne łez. Miłość. Wdzięczność. Ciepło. Maluszek szukający piersi i pierwsze karmienie. My troje. Dotyk i czułość. 

Po 4 dniach miałam zjazd, ewidentny spadek po oksytocynowym haju, na dodatek zabrakło mi mleka, a maluszek był głodny i płakał. I ja płakałam, czułam się bezsilna i zagubiona, a moje ciało wycieńczone i obolałe. Dzięki wsparciu męża i położnej kryzys został zażegnany w mig. Pierwszy i już wiem, że daleko nie ostatni. 

W tym samym czasie jednak nie mogę się przestać zachwycać tym. jakie mój synek ma piękne uszka… czy istnieje na świecie coś piękniejszego?  Mój syn, cały mój świat. Wyczekany, wystarany i wymarzony. Mój cud. Nasz.

W połogu skrajne emocje to norma. Tylko ja jeszcze nigdy do tej normy nie wchodziłam i ze zdziwieniem, a czasem niepokojem, przyglądam się temu co robię i czuje: duma i radość, słodkie fotki z pierwszego spaceru, duma, że ładnie rośnie, szczęście i miłość gdy patrzę na, to oczywiste, najpiękniejsze dziecko świata, spokój, gdy łapczywie ssie moją pierś, irytacja, gdy karmienie ciągnie się w nieskończoność, bezsilność i zmęczenie bo jest 5 rano a ja jeszcze nie spałam, stres, że nie zdążę zjeść zanim się obudzi, zniecierpliwienie płaczem w ramionach taty, bo MUSZĘ jeszcze zrobić siku…lęk czy wszystko jest dobrze – czy nie śpi za długo, albo za krótko, czy wystarczająco dużo je, czemu zwymiotował…a co to za krostka na twarzy… 

Zanim dziecko jest gotowe do narodzin najpierw przez 40 tygodni rośnie i rozwija się  w kobiecym ciele. Kolejne 40 dni w tym samym ciele rośnie i rozwija się matka. Pod warunkiem, że ma ku temu sprzyjające środowisko. Ja chyba mam. Muszę tylko nauczyć się jak z niego korzystać.  Z niecierpliwością wypatruje własnych narodzin w połogowym bólu i łzach.