Avatar
K.

Mam na imię Karolina i jestem z XX wieku. Serio. Mam to nawet zapisane... na koszulce. Jestem specjalistą w dziedzinie autosabotażu i samozwańczą mistrzynią kuchni. Najbardziej lubię patrzeć na świat z poczuciem humoru, co nie znaczy, że zawsze mi się to udaje. Kiedy upadam, to najpierw się czołgam, a dopiero potem wstaje i poprawiam koronę. Lubię doświadczać i dzielić się doświadczaniem (niekoniecznie doświadczeniem): słowem, dźwiękiem i obrazem. Gdybym była znakiem interpunkcyjnym lub symbolem, najpewniej zostałabym tyldą. A ty?

dzień kobiet

To, co w kobietach fascynowało mnie zawsze najbardziej to modalność. Niezwykła umiejętność do czerpania z wszelkich możliwości jakie daje ludzkie ciało i umysł, ciągłej fluktuacji, łączenia ze sobą sprzeczności. Możemy być damą, chłopczycą, zwiewną nimfą, intelektualistką, artystką, prezeską i panią domu. Możemy być gorące i czułe, albo zimne i beznamiętne, możemy eksponować naszą seksualność, a możemy ją skromnie okrywać. Możemy być łagodne i wyrozumiałe, a zarazem okrutne i surowe, ciepłe i i wrogie, wstydliwe i śmiałe, niewierzące w siebie i odważne, gibkie i niezdarne. Możemy być dobrą wróżką i wiedźmą.

Każda z tych kobiet, każda z tych cech jest w nas (w mniejszym lub większym nasileniu), wystarczy sięgnąć po nią we właściwym momencie. 

Kobiecość zawsze wymyka się uporządkowaniu, nie można jej zamknąć, dookreślić, jednocześnie uchwycić wszystkich jej aspektów.  Kobiecość jest ruchem, falą, której można tylko dać się ponieść i porwać.

Kobieca siła tkwi w naszej złożoności i zmienności. 

Wszystkiego dobrego! Nie zapomnijcie dzisiaj celebrować samych siebie.

/na fotografiach: różne oblicza Oli/

proces

Skanuję każdą miniaturową literkę, leżącą blisko krawędzi strony.  Znaki alfabetyczne, spacje, znaki interpunkcyjne migają przed oczami, wiercą i pełzną, pożerając wolną przestrzeń kartki, rosną niczym Snake w starej Nokii. Układają się w magiczne zaklęcia przywołujące: litery układają się w słowa, słowa w zdania, zdania w akapity. Akapity, wyróżnienia, kursywa, wyjustowane krawędzie: wszystko w harmonijnym porządku. Struktury.

Literki wiercą się niecierpliwie w mojej głowie, jak kulki z liczbami przy losowaniu lotto. Skaczą i piszczą – któraż to zostanie za chwilę wybrana?! Pachną atramentem albo drukarską farbą, w zależności od dnia i nastroju. Wybierają czcionki i ich rozmiary, przebierając się, strojąc, kapryszą, że nie takie dodatki lub inny fason. Przeglądają się potem,  zadowolone z siebie, w nieprzezroczystym lustrze papieru.  Czasami bywają znajome, swojskie, innymi razem nieprzewidywalne. Czasami ich występy są bardzo krótkie, wyglądają wtedy niezrozumiale: nie każde oko odróżni je szybko od matematycznych ciągów i formuł, nie każdy rozwiąże ich równanie. Bywają też długie, długaśne, wielostronicowe niekończące się korowody. Toczą się tłumnie. Napierają. 

Litery buzują, jak bąbelki po wypitej zbyt dużej ilości szampana. Wirują mi w głowie i obijają mnie o ściany. Nęcą i wabią w pułapkę tekstu. Chcą się układać, zawierają sojusze oraz rozejmy, byle tylko osiągnąć cel, byle tylko osiągnąć swą misję. Ich zmowy nie da się już pokonać. Nie da się ich odstraszyć i przekabacić. Napadają i w nocy i we dnie. 

A kiedy się już wysycą wszystkie spod palców, przychodzi uspokojenie. Opadają na pościel wraz z moim ciałem i zamykają oczy.

Tańcząć w ciemności. Rzecz o emocjach.

Emocje można podzielić na negatywne i pozytywne. Nie, nie można. To sugeruje bowiem, że niektóre emocje są dobre a inne złe (czy w jakiś sposób niewłaściwe). Nie ma czegoś takiego jak złe emocje. O wiele więcej racji ma podział ze względu na to, w jaki sposób je odczuwamy: jedne są dla nas przyjemne, inne niespecjalnie, część jest chwilowa, część zostaje z nami na dłużej lub pojawia się często, czasami ich siła jest wręcz powalająca, innym razem ledwie odczuwalna. Do emocji uznawanych za podstawowe należą smutek, złość, strach, wstręt (obok nich pojawia się jeszcze zaskoczenie i radość). Czy zdarzyło się Wam zatem myśleć kiedyś na przykład o smutku i złości, jak o czymś pozytywnym, cennym? Zakładam, że raczej rzadko, a z pewnością nie raz usłyszeliście, że kobieta ma się nie złościć bo złość piękności szkodzi, chłopaki nie płaczą, więc nie okazują smutku i nie wypada się bać, żeby nie wyjść na tchórza.

Pewnych emocji „nie wypada” okazywać, wydaje się, że nie wypada ich nawet czuć. Smutek, złość, strach, odraza są społecznie nieakceptowanym emocjami i podlegają ciągłej ocenie. Szperając w internecie znalazłam scenariusze zajęć dla dzieci szkolnych i przedszkolnych dotyczący wyrażania emocji: jednym z pierwszych ćwiczeń było „uporządkowanie” emocji w tabeli w kolumnach, odpowiednio je wartościując “na plus” lub “na minus”. Kwalifikujemy, pochwalamy lub potępiamy coś najbardziej naturalnego dla naszego ducha i ciała: proces emocjonalny zachodzi znacznie szybciej niż intelektualny. Pojawienie się emocji to kwestia milisekund (milisekunda = 1/1000 sekundy), a analiza intelektualna to minimum pół sekundy i więcej. Z naszej perspektywy to nieodczuwalna różnica. Z punktu widzenia reakcji naszego mózgu i ciała te dwa procesy dzielą epoki. Czy to, co czujemy rzeczywiście powinno być poddawane ocenie? Czy nie oceniamy czasem negatywnie samych siebie, tylko dlatego, że czujemy tak, a nie inaczej?

Skoro jednak od najmłodszych trenuje się w nas poczucie, że pewne nasze emocje, są “na minus”, to przestaje dziwić, jak wiele, już jako dorośli, mamy problemów z wyrażaniem oraz akceptacją tego, co dzieje się w naszym wnętrzu. Strach, złość, smutek i wstręt traktujemy jak czterech jeźdźców apokalipsy niosących zagładę i, z którymi za nic w świecie nie chcemy się spotkać. Wypieramy: budujemy gruby mur we własnej świadomości, odcinając część siebie od innych swoich części. Samodzielnie wykonujemy operację na żywym organizmie pozbywając się niektórych emocji tak, jak pozbylibyśmy się wyrostka robaczkowego. Z tym, że przy okazji wybebeszamy się z innych organów. Zaprzeczamy i odburkujemy: “Wcale nie jestem zła”, “Nie jestem smutny, tylko zmęczony, boli mnie głowa”. Udajemy, że naszych emocji nie ma. Upychamy je w kieszeniach, torebkach, plecakach i trzymamy. Jak trupy w szafie. Przenosimy i projektujemy: Zamiast na mamę lub szefa złościmy się na sytuację drogową i zbyt wolno jadącą windę. Możemy się też zastanawiać, czemu ten sąsiad jakiś taki nerwowy. Nie to co my. Somatyzujemy: leczymy i diagnozujemy migreny, zespół jelita drażliwego, kołatania serca, problemy skórne, nie zdając sobie sprawy, że ich przyczyna nie musi być fizjologiczna. Łykamy pigułki. Szkoda, że jednak nie ma pigułek na przykład na strach.

Strach to nasz system ostrzegania, tak jak sygnalizacja świetlna na drodze. Mówi nam, gdzie czai się niebezpieczeństwo i uruchamia mechanizm reakcji: ucieczki, zasłonięcia, walki, wołania o pomoc. Wyobraźcie sobie, że widzicie lwa, albo, bardziej prawdopodobne, pędzące na czerwonym auto, gdy jesteście na środku przejścia. Bez strachu kontynuowalibyśmy nasz ruch i z najpewniej zginęli zjedzeni przez lwa lub pod kołami. W niebezpiecznej dzielnicy, gdzie narkotyki i rozboje są codziennością nie przeżylibyśmy zbyt długo, a nie byłoby nikogo, kto powiedziałby, że nie warto tam spacerować.

Złość to także reakcja, która ma na celu naszą ochronę. Złością reagujemy gdy ktoś przekracza nasze granice, wyczuwamy zagrożenie, krzywdę. To nasza wewnętrzna forma protestu, niezgody na to, co dzieje się wokoło. Bez złości można byłoby dowolnie nas nękać, ranić, bylibyśmy w stanie przyjąć dowolną ilość niesprawiedliwości, wyzyskiwałoby się nas aż miło. Nikt nie stałby na straży naszych praw i wartości.

Smutek to także sygnał, że coś w naszym życiu jest nie tak. Smutek każe nam zwolnić, zatrzymać się, spojrzeć w prawo i lewo oraz przeanalizować sytuację. Daje nam czas na przygotowanie się do zmian lub zaakceptowanie nowej rzeczywistości, pobycie ze samym sobą. Jesteśmy bardziej czujni wobec świata zewnętrznego, a badania dowodzą, że w smutku dostrzegamy więcej szczegółów i lepiej je zapamiętujemy. Bez smutku nie mielibyśmy wystarczającej motywacji do pokonywania przeszkód, nie wkładalibyśmy wiele wysiłku w różne działania. Zaskakiwałyby nas codziennie nowe sytuacje i nie mielibyśmy szansy się z nimi oswoić. Przeszylibyśmy z uśmiechem przez życie, ile jednak tego życia umknęłoby nam między szparami szczerzących się zębów.

Wstręt zaczyna nas chronić niedługo po tym jak kilka komórek będących naszym zalążkiem przyczepi się do ścianki macicy. Odporność przyszłych matek jest niższa w I trymestrze ciąży i to właśnie wtedy reagują one nadzwyczaj gwałtownie na różne bodźce, szczególnie te związane z żywnością, unikając tym samym substancji potencjalnie szkodliwych dla dziecka. Obrzydzają nas pewne zwierzęta (szczury), ludzkie wydzieliny, a nawet niektóre zachowania (ach te caluśne ciotki!), właśnie po to by zniechęcić nas do kontaktu z możliwym zagrożeniem na przykład chorobą. Bez wstrętu pchalibyśmy ręce i kto wie co jeszcze, tam gdzie naprawdę nie trzeba.

Świat bez emocji nazywanych negatywnymi nie byłby rajem. A może i byłby… bez nas. Bez emocji nie mielibyśmy szans na przetrwanie. Tak, jak bez burczenia lub ssania w żołądku – nie wiedzielibyśmy, że jesteśmy głodni. Emocje, jeśli nie są powstrzymywane, nie zostają z nami na długo. Są jak fala: przypływa i odpływa. Jeżeli postawimy tamę, to prędzej czy później fala ją zerwie, rozsadzi i rozleje się po znacznie większym obszarze. Zatańczmy z naszymi emocjami, poświęćmy im chwilę i pozwólmy się poprowadzić, a odejdą od nas z ukłonem. Często jednak gdy próbujemy i zapraszamy nasze emocje do tańca, okazuje się, że musimy tańczyć w ciemności: próbujemy skomplikowanych figur, piruetów, potykamy się i deptamy sobie samemu po stopach. Wiemy bowiem jak je oceniać, a nie jak dotrzymać im kroku.

A taniec emocji jest znacznie łatwiejszy niż walc. Kroków podstawowych w walcu angielskim jest dziesięć, a w omawianym przypadku wystarczy pięć: dostrzeż, nazwij, poczuj, wyraź, zarządź. Wystarczy uznać istnienie emocji, nie tłumić jej, nie uciekać, uświadomić sobie swoje myśli, zauważyć jak zachowuje się ciało – ono pomoże nam je odpowiednio zidentyfikować. Pozbądźmy z naszymi myślami i reakcjami, zanurzmy się w fali i dajmy się na chwilę ponieść. Dajmy emocjom upust: śmiejemy się, płaczmy, wykrzyczmy (w poduszkę!), kopnijmy piłkę. Wyciągnijmy wnioski, zbadajmy przyczynę, nauczmy się siebie i świata.

Czy warto? Cogito ergo sum, powtarzaliśmy za Kartezujszem. Dziś wiemy, że myślenie wcale nie warunkuje naszego istnienia i że poczujemy zanim pomyślimy. Czucie jest wcześniejsze i pierwotne. Wynaleźliśmy już sztuczną inteligencję, która o wiele lepiej (i szybciej!) od nas rozwiązuje umysłowe zagadki i teoretyczne problemy. Myślenie może zastąpić maszyna. Czucie, jak dotąd, nie. To nasze emocje czynią nas wyjątkowymi. Zaprośmy je zatem do tańca, nawet gdyby miał to być taniec w ciemności.

#15 Manipulacja, albo jak dajemy się robić.

Manipulacja często kojarzy się nam z natrętnymi sprzedawcami super garnków i zabijających roztocza odkurzaczy. Z manipulacją stykamy się jednak nie tylko w procesie sprzedaży, ale też w miejscu pracy czy w bliskich relacjach. Zdarzyło ci się chociaż raz zgodzić na coś czego naprawdę nie chcesz? Odczuwasz dziwne napięcie w relacji lub mam wrażenie, że ktoś cię wykorzystuje? Nie wiesz jak bronić się przed manipulatorem? Dowiedz się jakich sztuczek używa! 

Z ramą czy bez? O oczywistych i nieoczywistych życiowych wyborach.

Mona Lisa z odległości 3 metrów

Mona Lisa, Gioconda, Madonna, najsłynniejszy obraz świata. Dziwiła, fascynowała, intrygowała, stanowiła kanon piękna, wyznaczała trendy w malarstwie. Ikona.

Dziś, po upływie sześciu stuleci, do Luwru ustawiają się wielogodzinne kolejki, tylko po to by podejść do znamienitej Włoszki na odległość 3 metrów. Stamtąd widać niewiele:  wygładzoną, błyszczącą w odpowiednim świetle powierzchnię i piękna ozdobną ramę. Kobieta o androgynicznych rysach uśmiecha się bardzo subtelnie, jakby na obrazie nie wypadało uśmiechać się szeroko. Jest tajemnicza, nie pokazuje wszystkich kart. Jej zadaniem jest zaciekawiać i pociągać.

Z odległości 3 metrów nie widać rzeźbionych niewielkim pędzlem przez mistrza warstw farby i lakieru, nie widać grudek, marszczeń płótna, pęknięć. Niewielu zdaje sobie sprawę, że kolory Mona Lisy nie są kolorami nałożonymi przez Leonarda – te dawno już straciły swój oryginalny odcień. Przeprowadzona ostatnio  analiza obrazu wykazała, że tak naprawdę mamy do czyniania z trzema Mona Lisami, trzema na jednym płótnie, w różnych warstwach. Wygląda na to, że nawet da Vinci potrzebował więcej niż jednej próby.

Kiedy po godzinach oczekiwania wejdziemy do Luwru zobaczymy nieskazitelną damę w eleganckim i efektownym opakowaniu. Magnetyzujący i niejednoznaczny uśmiech. Mona Lisa doskonale wpisuje się w nasze oczekiwania.

Słyszę głosy, widzę obrazy

Nawet jeśli nie chcemy wpisywać się kanony, nie interesują nas czyjeś z góry ustalone standardy i decydujemy się na grę na własnych zasadach, oczekiwania społeczne oraz stereotypy dopadną nas i zaatakują w najmniej oczekiwanym momencie. Nasza sytuacja życiowa lub nasz wybór, jeśli w danym środowisku nieoczywisty, będzie traktowany jak gorszy. Wątpliwy. Wymagający wyjaśnień. By wiedzieć jak wysoko sięga poprzeczka i z której strony jest ustawiona nie musimy stać w długich kolejkach do muzeum, wystarczy, że odpalimy radio, TV,  telefon…dowolne medium.

Dzisiaj dosłownie co chwilę wyznaczone zostają nowe standardy, a docierające do nas głosy i obrazy mówią nam już nie tylko jak mamy wyglądać, ale jak żyć: co jeść (i na jakich talerzach), jak się ubierać, czym sprzątać, jaki sport uprawiać, co posadzić na naszym balkonie. Leonardo potrzebował 4 lat, żeby stworzyć dzieło i pokazać je światu. My potrzebujemy kilkunastu sekund i 3 kliknięć myszką. Wygładzamy nasze ciała i poglądy. Voilà! A wokół pojawią się coraz to bardziej atrakcyjne ramy dla każdego z aspektów naszego życia: dziś nie muszą nawet być pozłacane, dziś mogą być postindustrialne.

Singielka vs mężatka matka vs niematka: jak kobieta kobiecie nierówna

Niektóre ramy wydają się jednak nie zmieniać, tak, jakby duch czasu, postępu i social mediów nie miał do nich dostępu. Są głosy ciągle wtłaczające nas w ramy z niemodnym (ale jakim błyszczącym!) brokatem. Jeśli pada mniej lub bardziej niezręczne pytanie “Masz kogoś?”, a ty akurat jesteś singielką, to możesz być pewna, że następnie, jak kolejny wers mantry, padnie magiczne: Dlaczego? I chociaż w XXI wieku dopuszcza się myśl, że ktoś może być sam z wyboru, to należy ten fakt najpierw zweryfikować. Czy to wybór, czy może jednak coś poszło w naszym życiu nie tak… W takiej rozmowie, jeśli się odpowiednio wcześnie niewymiksujemy, będziemy musieli zabawić się w adwokata i przedstawić argumenty na naszą korzyść. Z góry zakłada się, że bycie singielką, to coś co wymaga uzasadnienia.

Zabawne, jestem mężatka od 3 lat, od ponad 7 w stałym związku: nikt nigdy nie zapytał mnie: “Masz męża, ale DLACZEGO?”. A szkoda. Może takie pytanie zadane w odpowiednim momencie uchroniłoby wiele osób przed bolesnym rozwodem lub nieszczęśliwą relacją, z której nie umieją (lub nie mogą) się uwolnić.

Niedługo sama zostanę matka, marzę o tym odkąd pamiętam, dużo przeszłam i poświęciłam żeby nią zostać. To mój świadomy wybór, pisze się na wszystkie blaski i cienie. Dla mnie to najważniejsze i najcenniejsze w życiu. Dla mnie. Nie przykładam swojej ramy do innych. Nie uważam, że macierzyństwo to jedyne najwspanialsze i najcenniejsze doświadczenie, które każda kobieta powinna przeżyć. Nie uważam tak: czy to kwestia mojego zdania, czy to po prostu nieprawda? Matki i niematki to często tak różne światy, że nie zachodzi pomiędzy nimi komunikacja. Przez lata oczekiwania na dziecko miałam okazję przyjrzeć się obu tym światom od podszewki.

Niektóre matki (co za szczęście, że znam, też wiele innych i mam sporo cudownych koleżanek!) z lekceważeniem i wywyższaniem odnoszą się do niematek:
– Ty nie masz dziecka to wiesz… to co ty robisz z wolnym czasem?!
– Jak urodzisz to pogadamy, wtedy zrozumiesz.
– Niewyspana? Ja już 3 lata nie śpię, jak będziesz mieć dziecko to dopiero się dowiesz co to jest niewyspanie.
– Dziecko wszystko zmienia, życie wywraca się do góry nogami, kiedyś się przekonasz!

Nie umniejszając w żaden sposób codziennemu heroizmowi (bo macierzyństwo rzeczywiście tego często wymaga) wielu kobiet zajmujących się swoim potomstwem, czasem wygląda to tak, jakby matki miały ustalony przez prawo/siłę wieczystą monopol na: niewyspanie i przemęczenie, brak wolnego czasu, przeżywanie głębokich przemian, oraz posiadanie tajemnej wiedzy “rozumienia życia” i poznawania podszewki świata. Macierzyństwo traktuje się wręcz jako jedyne, prawdziwe, najważniejsze, kluczowe wręcz doświadczenie kobiety, do którego każda powinna dążyć. Kobiety te nie mają jednak monopolu na “prawdziwe życie”, a macierzyństwo nie jest jedynym, wartościowym i niewątpliwie pięknym, ale ogromnie wymagającym doświadczeniem w życiu. Nie ma ono też większej wartości niż szereg innych. Nie istnieje jednostka pomiaru jakości i wartości doświadczeń i przeżyć w SI.

Znam sporo niematek, które radziły sobie w ekstremalnych sytuacjach i mierzyły się całym ogromem komplikacji, a z ich doświadczenia życiowego można czerpać garściami: przecierały szlaki, dawały dobro i radość, znosiły ból i cierpienia. Znam równie dużo matek, które prócz macierzyństwa los nie doświadczył żadnymi innymi trudami, a i one nie wybrały akurat nigdy żadnego mniej popularnego szlaku. Odnoszę wrażenie, że to właśnie te ostatnie najsilniej starają się wcisnąć inne kobiety w pozłacaną ramę z jakże bogatą ornamentyką, brutalnie wskazując, że niematka jakaś taka…nieoprawiona.

Niematka bywa poddana badawczemu spojrzeniu, podobnie jak w przypadku singielek, w celu weryfikacji. Od rezultatu badania zależy bowiem reakcja: czy przybrać wyraz współczucia i pocieszenia (biedna, pewnie nie może!), czy bardziej skonfundowania. I co najważniejsze, czy paść może sakramentalne: DLACZEGO? Jaka jest Twoja wymówka dla tego odstępstwa?  Jeśli jesteś kobietą w odpowiednim wieku bez partnera i/lub potomstwa możesz zostać zdeklasowana, spadasz w hierarchii, w galerii sztuki raczej nie zawiśniesz na głównej ścianie.

Znów, pewne wybory wydają się oczywiste: mojego rosnącego ciążowego brzucha nikt mnie nie zaczepił, krzycząc z nienacka: Sprawdzam! Nikt nie pociągnął za język: “Chcesz mieć dziecko? Ale dlaczego?”.  A są przecież matki, które w pewnych momentach niematkom zazdroszczą, a być może zastanawiają się w duchu: czemu właśnie im nikt nie postawił tego pytania. Może zyskałyby sposobność do zastanowienia, może nie przyszło im do głowy, że są inne opcje, może macierzyństwo odbiega zupełnie od ich wyobrażenia, a może widziały to macierzyństwo tylko z odległości 3 m?

Jeśli wybór wydaje się oczywisty, to czy na pewno wiemy, że mamy wybór?

Przywykliśmy do pewnych “oczywistości”, przyrośliśmy do pewnych stereotypów oraz konwencji (lub one do nas) na tyle mocno, że jej nie zauważamy. Poważne życiowe wybory i decyzje: o edukacji, podjęciu pracy, wejściu w relacje i założeniu rodziny traktujemy niekiedy jak fakt, że rano jemy śniadania. Wiadomo! I dziwimy się, że ktoś śniadań nie je.

Przykłady wyborów, które wydają się oczywiste i tych, z których, zgodnie z standem, należy się wytłumaczyć, można by mnożyć. W samym, wspomnianym już, środowisku matek także nie co dzień pojawia się tęcza: “Poród przez cesarskie cięcie? Dlaczego? Nie dałaś rady? Nie wiesz czym jest prawdziwy poród”. “Nie karmisz piersią? Dlaczego? Ojej, ale wiesz ze to gorzej dla dziecka i odporności?”.

Możemy sięgnąć do każdej dziedziny życia, a niezliczone przykłady znajdziemy z powodzeniem w męskim kręgu, choć same poruszane kwestie mogą być odmienne, to z pewnością namalowane są tymi samymi kredkami. Nieważne kim jesteś i co robisz zawsze znajdzie się okazja, aby ktoś podstemplował cię kodem kreskowym z informacją “produkt wadliwy nie spełnia norm”. To jedna strona medalu.

Druga, to tam, gdzie nie pada słowo: dlaczego. Dla wielu to strona bardziej słoneczna. Ironia polega na tym, że niektórych to słońce razi, zbyt łatwo (boleśnie i niezdrowo) się opalają, albo w ogóle lubią cienie i nieco chłodniejsze klimaty. Do tej słonecznej krainy trafili zwyczajnie, na oślep. Na lekcjach fizyki nie wyszli nigdy poza ruch jednostajnie liniowy, nie zauważyli, że oprócz windą do nieba można też pójść schodami, nie dostrzegli możliwości, albo nikt ich im nie pokazał. Męczą się teraz w skwarze.

Granice, albo argumenty z drugiej strony

Pytanie o uzasadnienie naszych mniej popularnych wyborów nie zawsze wynika ze złych intencji, lecz jest spowodowane jest troską. Ma jednak kluczowe znaczenie czy jest to troska o dobre samopoczucie danej osoby, czy troska o to, że nie pasuje do ramy? Nie zawsze zależy to od tego komu przyjdzie nam się tłumaczyć: bliskim znajomym i rodzinie, sąsiadom z bloku, pracodawcy, lekarzowi lub pani z warzywniaka “Szczęśliwy pomidor”. Każdy może być nam życzliwy, tak, jak każdy może stać na straży własnego porządku.

“Gdzie jest granica?” pada nie-pytanie, ale argument z drugiej strony barykady. Nie ma porządku, nie ma zasad, nie ma lepszych i gorszych wyborów, jest anarchia. Skoro mogę wybierać wszystko, to może mogę śmiecić i zanieczyszczać środowisko? Jeździć łamiąc przepisy? (Proszę się nie przerazić, argument zasłyszany z ulicy) Jeśli pozwolimy na śluby homoseksualne, to co będzie kolejne…?

A mnie się to wszystko wydaje zupełnie proste. Nie mam problemu z postawieniem granicy, jest ona dla mnie wręcz oczywista: czy swoim wyborem krzywdzę siebie lub inna istotę, bądź konsekwencją mojego działania jest jakaś szkoda? Granicą naszych wyborów nie powinny być ramy nałożone przez społeczeństwo, ale drugi człowiek. Wtedy nie ma anarchii. Jest wielość, różnorodność, bogactwo i perspektywa. Niepotrzebne są argumenty.
Wtedy wszystko staje się proste.

Tak. Nie.
Nie. Tak

czuję ogarnia mnie szał
zupełnie nie
jak szał uniesień
zmęczyły mnie
(ś)cięte riposty
i wyrafinowane kontury

po raz pierwszy od dawna
dotykam
światła