Avatar
K.

Mam na imię Karolina i jestem z XX wieku. Serio. Mam to nawet zapisane... na koszulce. Jestem specjalistą w dziedzinie autosabotażu i samozwańczą mistrzynią kuchni. Najbardziej lubię patrzeć na świat z poczuciem humoru, co nie znaczy, że zawsze mi się to udaje. Kiedy upadam, to najpierw się czołgam, a dopiero potem wstaje i poprawiam koronę. Lubię doświadczać i dzielić się doświadczaniem (niekoniecznie doświadczeniem): słowem, dźwiękiem i obrazem. Gdybym była znakiem interpunkcyjnym lub symbolem, najpewniej zostałabym tyldą. A ty?

czuję ogarnia mnie szał
zupełnie nie
jak szał uniesień
zmęczyły mnie
(ś)cięte riposty
i wyrafinowane kontury

po raz pierwszy od dawna
dotykam
światła

Schematy, albo tekst z użyciem CAPS LOCK’a

W moim ostatnim twórczym szale powstają nowe odcinki podcastu, teksty, fotografie, a w głowie co chwilę rodzą się pomysły na kolejne. Odkrywam nieznane dotąd źródła inspiracji i poznaję (chociaż tylko wirtualnie) niezwykłych i oryginalnych twórców. Czuję dopływ dopaminy i endorfin. W pewnym momencie mój umysł i ciało zwalniają. Organizm wjechał w ulicę podporządkowaną. Ruchem kieruje dobrze znajomy głos. Zatrzymuje mnie i zaczyna zadawać niewygodne pytania, które, dziwnym trafem, zamiast pytań brzmią jak zapisany na starym winylu monolog. Trafiłam na swoją dawną, utartą trasę.

Dlaczego poświęcam swój wolny czas (a mam go ostatnio znacznie, znacznie więcej) na kreatywne zajęcia: pisanie i warsztaty pisarskie, podcast, wyzwania fotograficzne, przecież mogłabym (a nawet POWINNAM) spożytkować go praktycznie i na przykład zdobyć nowe umiejętności, które pomogą mi za jakiś czas znowu odnaleźć na rynku pracy: mogłabym (a raczej POWINNAM) nauczyć się nowego języka, albo pójść na kurs dla testerów oprogramowania, a nie jakiś, za przeproszeniem, warsztat pisarski. No halo! Co to w ogóle jest, na co to komu potrzebne? Głos w mojej głowie nie przestaje: Ot, taki Maciek to się właśnie przebranżowił… skończył kurs dla testerów i znalazł nową pracę. A ty?! Nie wiadomo co będzie za rok lub za dwa…TRZEBA myśleć praktycznie i podejmować rozsądne decyzje.

NIE MOŻNA marnować czasu i nie PRACOWAĆ. A ja tu sobie bimbam, na kreatywnych zlotach on-line i instagramie. Żeby chociaż lato było, mogłabym się realizować w kuchni przygotowując zapasy na zimę (i ciężkie czasy), lub wiosna: ogarnęłbym wiosnne remonty i sprzątanie. A tu, jak na przekór, zima. I mąż w koszulach nie chodzi, nie ma i co prasować. O, w garderobie ubrania takie niepoukładane. Ufff, udało się wreszcie do czegoś przyczepić – wydaje się komunikować głos, już niewerbalnie.

Ale przede wszystkim, przede wszystkim, NALEŻY myśleć o przyszłości. NALEŻY się skupić na PRACY. U mnie zaś, jak gdyby, żadnej pracy nie widać. Czyżby to było LENISTWO???

No, miło, miło (głos potakuje), lecz nie ma z tego PRAKTYCZNYCH korzyści. Pisanie, zdjęcia… ciekawe, ładnie, ale to przecież nie na POWAŻNIE.  I za ten rok, albo dwa, będzie płacz, kryzys i bieda: może nie będzie gdzie wracać, może NIKT MNIE NIE BĘDZIE CHCIAŁ. Mąż będzie mnie utrzymywał? W dzisiejszych czasach (O, jak postępowo! – głos dziwi się samemu sobie), to chyba nawet już NIE WYPADA. Policzki zaczynają płonąć a tętno przyspieszać, gdy tak mówi do mnie głos w mojej głowie – bo wcale nie jestem pewna, czy to mój głos.

Tak, nie mogę popaść w zależność – mówię otwarcie, tym razem już zupełnie ja sama.

Bezsprzecznie, powinność i praca były w moim życiu zawsze na pierwszym miejscu, to właśnie wyniosłam z domu. Mogłam i robiłam wszystko co TRZEBA, POWINNAM, wedle jakichś niezapisanych nigdzie, za wyjątkiem mojego umysłu i ciała, standardów, często (zazwyczaj?) kosztem swojego zadowolenia (szczęścia?) i zdrowia. Standardów, które wyglądały jak prawdy objawione, a jak wiadomo, prawdy takie nie podlegają weryfikacji. Z biegiem czasu wypracowałam sobie też własne: jakże łatwo na podstawie ograniczonych danych wyciągać daleko idące wnioski!

To tylko moje schematy, w które wpadam, jak w wyjeżdżone koleiny na drodze, gdy na chwilę odwrócę głowę, gdy się zachwieję, gdy zbyt szybko nabieram prędkości. Jak pasy lub szelki zapięte o wiele za ciasno.

Schematy porządkują nam życie, schematy często powstają, aby nas chronić. Równie często rozwalają nam życie i krzywdzą.

Musisz wyjść za mąż, staropanieństwo to wstyd
Szef ma zawsze rację
Tylko stała praca daje stabilizację i komfort
Tak postępować, to przecież grzech
Dziewczyny powinny mieć zgrabne nogi
Wszyscy chcą mnie wykorzystać
To nie dla mnie, ja się do tego nie naddaję
Jestem inny/a. Lepszy/gorszy niż ludzie wokół
Muszę się poświęcić
Nie można okazywać: gniewu/dumy/radości
Wszystko się jakoś samo ułoży
Zaraz z pewnością wydarzy się coś złego
Powinienem bardziej dbać o finanse

Które przekonania są nasze, własne? Które zostały nam “objawione”? Które  pomagają się nam zaadaptować, a które bardziej nam szkodzą? Które mogą nam służyć w danym momencie, ale nie będą dobre w podróży przez całe życie? Wybieramy swą trasę świadomie, czy jeździmy ciągle na autopilocie?
Powinnaś, powinieneś, czy chcesz?

PS Jak widać, udało mi się wyjechać z mało dla mnie przyjaznego terenu (uliczka mogła okazać się ślepa!).

Po drugiej stronie

Co nas czeka po drugiej stronie? 

Wychodzimy poza granice komfortu, czy pokonujemy bariery? Rzucamy kości i przekraczamy Rubikon niczym Cezar. Podejmujemy decyzje wobec których nie ma już odwrotu. Usłyszanego nie da się od-usłyszeć, zobaczonego od-zobaczyć, przeżytego od-doświadczyć. 

Każdy ma swoje “po drugiej stronie”, dla jednych to będzie rozwód, wyprowadzenie się z miasta na wieś (lub odwrotnie), urodzenie dziecka, porzucenie dotychczasowej kariery i rozpoczęcie nowej, trudna operacja, choroba… Rytuał przejścia może być bolesny, a najczęściej towarzyszy mu lęk. Musimy przeorganizować całe swoje dotychczasowe życie, na nowo zbudować listę wartości i priorytetów. Nie wiemy co czeka na nas potem. Podejmujemy ryzyko – niekiedy świadomie, niekiedy zmuszają nas do tego okoliczności. 

Lęk przed zmianą jest tylko drugą stroną medalu lęku przed utratą. Boimy się tego, co nowe, nieznane, nietypowe to zagraża ono naszemu status quo. Zanurzamy się w naszej codzienności: jemy na śniadanie zawsze tę samą owsiankę, do pracy jeździmy zawsze tą samą trasą, a kawę pijemy tylko o 10.30. Regularność, powtarzalność daje nam poczucie bezpieczeństwa. Odrzucając jednak lub tłumiąc, to co nowe, to, co tylko “być może” dochodzimy do granicy absurdu: zamykamy się w naszym, często niewygodnym, ale dokładnie znanym świecie, wyłącznie dlatego, że nie wiemy co będzie (!), gdy ten świat zniknie.

Tylko…czy naprawdę tracimy tak wiele? Tkwiąc w samotności lub toksycznej relacji, w wyczerpującej pracy z niemiłym szefem, w ciasnym mieszkaniu. To tak jak nosić zawsze te same buty bez względu na to, że są za ciasne, rozeszły się, albo w ogóle nie są (a może nigdy nie były wygodne). W tradycji chińskiej przez ponad 10 wieków popularny był fetysz małych stóp: dziewczynkom krępowano tę część ciała, bandażowano, łamano kości, tylko po to, by zachować by móc zmieścić się w jak najmniejszym rozmiarze. Dziewczynki, a później kobiety, nie były potem w stanie normalnie chodzić, a ból, będący efektem zabiegów, towarzyszył im do końca życia. 

Dlaczego tak często sami bandażujemy sobie stopy i łamiemy kości, po to, aby lepiej wpasować się w otaczający nas świat. Czy my, rezygnująć z naszego “teraz”, aby na pewno coś tracimy? A może po drugiej stronie jest jednak zysk? Nie trzeba być wziętym księgowym, aby dokonać realnego bilansu: nie z naszych przyzwyczajeń, schematów i konwenansów. Czy nasza strefa to na pewno strefa komfortu? Czy nie warto zaryzykować po to, aby móc rosnąć?

#14 Polska język trudna język: jak język kształtuje nasze myślenie, albo o mocy słowa.

Czy język służy tylko do mówienia i pisania? A co, jeśli nie jest tylko przezroczystym narzędziem, ale pryzmatem, przez którym ten świat widzimy? Odcinek, w którym mówię o tym czy i jaki wpływ ma nasz język na nasze postrzeganie świata. O mocy sprawczej słowa, badaniach naukowych i Klubie Otwartej Szuflady.


Z czarnej skrzynki niepłodności

Niepłodności nie widać. Ani w postaci krost na skórze, ani w postaci gipsu na nodze. Nie jest się też nadmiernie bladym. Nie widać godzin i dni przepłakanych wyłącznie z okazji ostatniej miesiączki. Nie widać niemocy wzięcia na ręce dziecka znajomej z obawy przed tym, że trudno będzie się potem pozbierać, albo, że nie chce się tego dziecka oddać. Nie widać obwiniania siebie lub wszystkich wokół: za to, że nie mogę mieć dziecka, za to, że inni mają.

Nie widać ocieranych skrycie łez, gdy twój siostrzeniec wstaje z twoich, jakże wygodnych kolan i rzuca się twojej siostrze na szyję, krzycząc: „Mamo! Kocham cię!” Nie widać myśli: “A może do mnie nikt tak nigdy nie powie”. Nie widać uczucia zazdrości, kiedy znajomi wyświetlają filmiki pierwszych kroczków, lub z dumą i radością w oczach pokazują, co ich dziecko już umie. Chcesz też czuć tę dumę i radość. Zastanawiam się wtedy się, czy jestem złym człowiekiem, bo zazdroszczę, bo nie umiem się cieszyć czyimś szczęściem. Nie wiem, czy to zło. Jedyne co czuję to ból, który mnie czasem po prostu przerasta.

Niepłodność mogą rozpoznać wyłącznie bardzo czuli i spostrzegawczy: w mocno zaciśniętej szczęce w czasie uśmiechania się na wieść o kolejnej ciąży w rodzinie, w chirurgicznej precyzji z jaką wybierany jest makaron z talerza w czasie obiadu, przy którym współpracownica w zaawansowanej ciąży opowiada o ruchach dziecka w brzuchu.
A skoro nie widać, to trzeba być uzbrojonym przed pytaniami:
– Aaa, to wybrałaś karierę zamiast dziecka, tak?
– A kiedy w końcu będziecie mieć dzieci? Nie jesteście już tacy młodzi;
oraz poradami i komentarzami:
– To podobno nie można od razu wstawać…no wiecie, zaraz po…;
– To dlatego, że za mało jesz.
– A wy to w ogóle wiecie jak to się robi?! Może pomóc? Wiesiek tu ma czworo, jest specjalistą!

Trzeba zachowywać zimną krew, oglądając ubranka i zabawki, które znajoma z pracy zamówiła dla swojej dwulatki. Trzeba zachowywać zimną krew. Kobiety niepłodne są w tym mistrzami.

Przyszedł jednak taki dzień, za tym 15, 20 czy 30 razem, po różnych atakach smutku i histerii, po dziesiątkach wizyt u najlepszych specjalistów i nic nie wnoszących badań, po wiadomości o kolejnej, nie mojej ciąży, kiedy mój ból okazał się po prostu nie do zniesienia. Leżałam godziny, nie wiem trzy, czy pięć, na zimnej podłodze w łazience, na tych ogromnych, ciemnoszarych płytkach, w strukturze przypominających skałę. Zamknęłam się w niej i wyłam. Wyłam, bo tego nie da się nazwać płaczem ani krzykiem. Myślałam, że wtedy umrę. Ja chciałam umrzeć. Chciałam tylko, żeby przestało. Chciałam sobie wydrzeć wnętrzności. I ten nóż, największy z kuchennej szuflady, najbardziej ostry, jawił się w mojej podłogowej fantazji jak wybawienie. Wrzeszczałam, ale niemal bezgłośnie, wykrzywiając twarz jak do krzyku i wydając taki sam dźwięk tylko głośność, ten volume jak telewizorze jest na minimum, a nie na maksa. W głowie tylko jedna myśl, żeby przestało boleć. To jakby ktoś trzymał wam rękę czy inną część ciała w płomieniach, w ogniu. I to kurewsko boli, i chcielibyście wyszarpać tę rękę za wszelką cenę z tego płomienia, ale się nie da. Bo ktoś tę rękę czy coś tak mocno trzyma, że nie da się ruszyć. I parzy.

Pamiętam tylko, że mój mąż podnosił mnie z podłogi, pamiętam na biłam go po piesi i krzyczałam, żeby mnie zostawił. Pamiętam, że obudziłam się potem w ubraniu leżąc w poprzek łóżka. Pamiętam, że mój mąż jeszcze wiele miesięcy później nie chciał na dłużej wychodzić z domu. Bał się zostawić mnie samą.

Rozmawiałam o tym potem z jedną koleżanką, wcale nie z taką najbliższą, ale tak wyszło, i ona jest jedyną osobą na świecie, no, teraz już była, która o tym wie. W każdym razie ta koleżanka jest bardzo mądra i oczytana i ona mi powiedziała, że ból psychiczny czyli ten mój, uruchamia w mózgu te same ośrodki, co ból fizyczny, czyli ta ręka w ogniu. To jest taki sam ból. Tak samo bolesny, realny i odczuwalny. Ja tego nie wiedziałam. Myślałam, że mi po prostu odbiło. Teraz już wiem, że nie. Lub, że nie całkiem.

Coś we mnie wtedy pękło. Może kość, może żyłka w głowie. A może…może to było serce. Jest taka piękna metafora w języku polskim. Nawet wyszukałam, że w literaturze pewien bohater umarł, bo z bólu pękło mu serce. I ja, ja chyba też wtedy tak trochę umarłam.

Dzisiaj zauważyłam jak bardzo cieszą mnie proste, codzienne rzeczy. Ot takie świeże powietrze, słońce świecące prosto w twarz, dźwięki ptaków dobiegające zza otwartego okna. Wywołuje to we mnie radość: na ustach pojawia się uśmiech, w oczach małe iskierki. 

W błogostan wręcz wprawiają mnie spacery z moim mężem, trzymanie go cały czas za rękę. Chociaż ostatnio byłam już zmęczona, pęcherz cisnął i coraz bardziej zaczęły dokuczać mi biodra, to chciałam żeby ten spacer się nie kończył. Czułam, w danym momencie do szczęścia nie brakuje mi nic. Chciałam, żeby ten moment trwał. 

Z ogromnym zaciekawieniem słuchałam tego co, mówił. Mój mąż jest wiecznie ciekawym świata gadułą, uwielbia opowiadać o tym, co działo się w pracy, czego nowego dziś się dowiedział, lub co akurat przeczytał w Wikipedii. Niedawno zainteresował się produkcją i rodzajami whisky i oczywiście zaczął mi o tym opowiadać. A ja zamiast „Andrij, ale mnie to nie interesuje, nie lubię whisky…” słuchałam z uwagą, dopytywałam, jeśli coś było niejasne, albo się zgubiłam (wiecie czym się różnią blendy od single malt’ów?). Jak on ciekawie mówił!  Czekam, aż skończy pracę i przyjdzie do mnie, żeby mi opowiedzieć co robił i jakie to dla niego było. I znów zamiast „A czy mogłabym pobyć chwilę sama ze swoimi myślami, bo czuje, że brakuje mi na nie miejsca”, będę czekać z niecierpliwością i łaknąć szczegółów! 

Czuję, jakbym była zupełnie inną osobą, niż te kilka miesięcy temu. Czy to dwa miesiące na zwolnieniu? Ciąża i hormony? Czy po prostu: bycie wypoczętą zamiast przemęczoną, a jednocześnie w ciągłej gotowości i napięciu? Coś oczyściło mój umysł i ciało z nadmiaru myśli, emocji i przeżyć. Nie jestem psychofizyczne wykończona pracą, przytłoczona wszystkimi trudnymi uczuciami związanymi z niepłodnością. W końcu „zwolniło się miejsce” na podglądanie świata wokół, przeżycia i sprawy najbliższych mi ludzi. 

Wpadam jednak w przerażenie uświadamiając sobie jak długo żyłam z głową przyciśniętą do ziemi, nie zauważając ani słońca, ani trzymającej mnie mocno dłoni mojego męża. Czego jeszcze nie dostrzegałam? I jak już nigdy nie wrócić do poprzedniego stanu?