Równi i równiejsi

(Nie)życiowe nauki(czki)
Strumień wody z przemoczonego mopa głośno chlusnął o zimne, korytarzowe płytki. Daria odcisnęła go jeszcze raz. Szara, gładka powierzchnia szpitalnego korytarza umorusana była śladami przedwiośnia: wilgocią i błotem, przyniesionym na butach małych pacjentów i ich opiekunów. Była zmęczona. Przyznaje, mniej przykładała się sprzątając szkołę. Tu czuła jednak na swoich barkach odpowiedzialność, tu jest szczególne miejsce. Jej niedopatrzenie mogło stanowić zagrożenie dla innych. Codziennie było jej żal przetaczających się przez oddział dzieci i nastolatków z różnymi urazami, ranami, po operacjach. Niektórym dokuczał ból. Niektóre płakały. Czasami zgłaszała to pielęgniarkom, ale te nie zawsze wykazywały szczególne zainteresowanie.

Drzwi oddziału skrzypnęły i niemal jednocześnie huknęły o ścianę. Ktoś tu ma impet – pomyślała. Zza drzwi najpierw wsunęły się kule i nogi dziewczynki, w tym jedna szczelnie zapakowana w ortezę. Nad jej głową po chwili pojawił się cień wysokiego, postawnego i ciężkiego mężczyzny. Spojrzał tylko kątem oka na Darię, która odsunęła się jak najdalej, żeby zrobić przejście dla tej małej.
– Widzisz… Ucz się! Bo będziesz mopem jeździć, o, jak ta Pani – mruknął do dziecka mężczyzna, wystarczająco głośno.
Wiem, że niejednej i niejednemu z nas zdarzyło się usłyszeć od rodziców czy innych bliskich podobne stwierdzenie, w tym, jak sądzę, to najpopularniejsze: nie chcesz się uczyć, nie masz ambicji, to będziesz rowy kopać. I to kopanie rowów lub mycie podłóg wyglądać miało jak najgorsza rzecz, jaka może się nam w życiu przytrafić. Dramat i porażka. I wstyd. Dla rodziny.

Współczesne kasty
Trudno mi jest powiedzieć jak to wygląda w innym krajach, ale wydaje mi się, my Polacy (choć jestem pewna, że nie tylko my) nader często kierujemy się w życiu hierarchią wartości o dosyć wątpliwej konstrukcji i bardzo mocno związujemy ją ze statusem społecznym. I chociaż daleko nam do odwzorowywania systemu kastowego w dawnych Indiach, a duchem walki klasowej mogą, co najwyżej, straszyć wspomnienia naszych dziadków, to na kształt tych dawnych (albo nie aż tak dawnych) zwyczajów dzielimy ludzi na równych i równiejszych, oceniając wartość naszą i innych poprzez pryzmat wykonywanych zawodów oraz poziomu wykształcenia, a także często za tym idącego statusu finansowego oraz poziomu życia.

Czy my, lub nasi bliscy, powołując się na przykład tej pani sprzątającej, albo tamtego pana kopiącego rowy – nazwijmy go panem Wieśkiem – nie mówimy, że on jest takim trochę gorszym człowiekiem, mniej wartościowym? Ewidentnie niektórzy nasi rodzice i wychowawcy (tak, znam takie przykłady ze szkół) traktowali ich podrzędnie i straszyli nim dzieci i młodzież. Pan kopiący rowy niewątpliwie wykonuje mniej prestiżowy zawód niż powiedzmy lekarz, jego praca jest także prawdopodobnie mniej odpowiedzialna, a zarobki tych dwu dzieli przepaść. Ale nic poza tym. Pan kopiący rowy może być o wiele lepszą osobą, czyniącą o wiele więcej dobra wokół, bardziej szczęśliwą, niż na przykład, uznawany za prestiżowego, lekarz. Co stanowi o wartości człowieka? Czy aby na pewno jest to zawód oraz zasoby pieniężne czy materialne, które posiada? I jestem przekonana, że większość z was powie teraz: no oczywiście, że nie. Oczywiście, że tak nie myślimy. Ale czy nie zachowujemy się w sposób niezgodny z naszą gorącą deklaracją, przynajmniej od czasu do czasu? Czy my, wychowani w określony sposób, w takim a nie innym społeczeństwie, w takiej, a nie innej narracji, nie uważamy siebie, no chociaż sporadycznie, za lepszych niż pani Daria albo pan Wiesiek?

Kto jest bez winy…
Nie rzucam w nikogo kamieniem, bo sama nie jestem tutaj bez winy. Nigdy w życiu nie pomyślałam, że jestem “lepsza” “ważniejsza” czy “bardziej wartościowa” niż kopacz, albo piekarz, albo pani sprzątająca – do tych ostatnich mam jakiś wręcz nabożny szacunek, bo wiem jak ciężka to jest praca i nie lubię jej, a jednocześnie jak wspaniałe daje efekty, bo widok i zapach czystego mieszkania działa na mnie niczym afrodyzjak. Miałam jednak problem z kobietami, które nie pracują, ale są na utrzymaniu męża bez względu na to, czy poświęciły się wychowywaniu dzieci, czy też po prostu zostały “paniami domu”. I bardzo niedawno, bo kilka miesięcy temu miałam na ten temat dyskusję ze znajomą, w której bardzo gorąco i głośno zadeklarowałam, że JA nigdy bym tak nie zrobiła i nie została na utrzymaniu męża, nawet gdybym miała dzieci pod opieką. Oczywiście, że musiałbym wrócić do pracy po urlopie macierzyńskim lub innej przerwie spowodowanej BARDZO WAŻNYM POWODEM. No bo jak. Jak to tak, nie pracować? I jeśli wynikałoby to z moich dążeń do rozwoju kariery, potrzeby jakiejś intelektualnej samorealizacji, to w porządku. Niestety, moje gwałtowne “nie”, nie miało nic wspólnego z rozwojem i osiąganiem satysfakcji z życia. To było “nie”, wynikające z przekonania, że kobiety, które, mówiąc potocznie, “siedzą w domu – i w domyśle – nic nie robią”, są jakieś gorsze, nie wiem, leniwe może, bo nie pracują zawodowo i nie zarabiają pieniędzy. Z jakiegoś względu wrzuciłam je do kategorii, w której sama nigdy nie chciałabym się znaleźć. W dużej mierze dlatego, że w panuje w naszym społeczeństwie pewna atmosfera pogardy wobec niepracujących zawodowo kobiet.

Hierarchia w przebudowie
Dzisiaj, po przepracowaniu tego problemu, mogę na swoja obronę mogę powiedzieć, że po części wynikało to mojego wewnętrznego przekonania o konieczności  bycia niezależnym finansowo, ale tylko po części. I tak naprawdę, dziś się tego swojego myślenia wstydzę. W ostatnich miesiącach wiele razy zadawałam sobie pytania: co stanowi o mojej wartości; co stanowi o wartości człowieka w ogóle? Suma jego osiągnięć? A jak mierzyć i zestawiać ze sobą osiągnięcia w różnych dziedzinach? Czy osiągnięciem jest tylko Nagroda Nobla, czy zadowolenie z własnego życia też? Nadal więcej stawiam sobie pytań niż podaję odpowiedzi. Ustawiam swoją hierarchię i krzyczę: sprawdzam, jak podczas zabawy w Jengę: z wieży o idealnych krawędziach wyciągam kolejno klocki, przestawiam je z dołu na górę, ze środka w bok. Zawali się, czy utrzyma? Obiecałam już sobie jednak, że jeśli kiedykolwiek będę podejmować decyzję o rezygnacji, powrocie, przerwie w zatrudnieniu czy przekwalifikowaniu się na operatora wózka widłowego, to obiecuję sobie, że zrobię to w oparciu o swoje chęci, samopoczucie i potrzeby, a nie społeczne przekonania.
Czego i Wam życzę, z tego oto placu budowy.

K.

Comments

  1. Avatar
    Galeony baśni

    Bardzo podziwiam osoby, które pracują na jakimkolwiek stanowisku. Dla mnie xnaczu to, że dają radę dbać o siebie. Nie opuściły rąk. W tej chwili np mój kolega opowiadacz, utrzymujący się tylko z opowieści, więc siła rzeczy obecnie zarabia, między innymi dlatego, że nie znosi robić tego pt,ez 8ntetnet, zaczął pięć ciasta drożdżowe. Pozuje w pięknym, kucharskim fartuchu i czapie i z uśmiechem prezentuje swoje starania o byt rodziny. Wszyscy go za to szanujemy. To si nazywa odpowiedzialność!

  2. Avatar
    Alicja

    Niestety prawdziwe. Szkoda, że tak to funkcjonuje, bo później bardzo zostaje w głowie… Kilka lat temu razem z narzeczonym zrobiliśmy prawo jazdy na „tiry”. Jeździliśmy w podwójnej obsadzie, żeby zamiast brać kredyt móc samodzielnie zarobić dobre pieniądze w stosunkowo krótkim czasie. Ostatnio złapałam się na tym, że w rozmowie z kimś obcym jak wyszło, że jeździłam na ciężarówkach, od razu musiałam się usprawiedliwić, że skończyłam kierunek studiów na Uniwersytecie Medycznym… W głowie później miałam, serio? Musisz się jakoś wytłumaczyć? Żałosne… ale to jest właśnie to, co za młodu mamy wkładane do głowy… czym nasiąkamy.
    Dobry i ważny tekst! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *